O autorze
Subiektywny blog o energii i energetyce jądrowej – dla nie-inżynierów, ale nie tylko.

Jestem inżynierem-energetykiem z całkiem jeszcze niewielkim przebiegiem. O energetyce uczyłem się na Wydziale Mechanicznym Energetyki i Lotnictwa Politechniki Warszawskiej, na którym dziś zresztą pracuję. Choć nie studiowałem specjalności związanej stricte z energetyką jądrową (nie było jeszcze takiej możliwości), od lat jestem na różne sposoby związany z tą branżą. Brałem udział w różnych szkoleniach specjalistycznych organizowanych przez instytucje krajowe i zagraniczne, z energetyką jądrową związana była także moja praca dyplomowa. Uczestniczyłem w realizacji zadań badawczych mających na celu ocenę możliwości uczestnictwa polskiego przemysłu w rozwoju energetyki jądrowej oraz ocenę przebiegu i skutków potencjalnych awarii elektrowni jądrowych. Od lat prowadzę działalność mającą na celu popularyzację wiedzy o energii jądrowej (rozpoczętą jeszcze w czasach studiów, gdy byłem członkiem a następnie prezesem Koła Naukowego Energetyków). Zajmuję się również kwestiami stabilizacji pracy systemu elektroenergetycznego. Poza uczelnią pracuję w międzynarodowej firmie energetycznej oferującej konwencjonalne maszyny energetyczne.

W roku 2012 przez trzy miesiące pracowałem w charakterze eksperta na rzecz kampanii informacyjnej "Poznaj atom. Porozmawiajmy o Polsce z energią", jednak współpracę tę definitywnie zakończyłem z dniem 31 grudnia tego roku.

Wszystkie opinie prezentowane na tym blogu mają charakter opinii prywatnych i w żaden sposób nie wyrażają oficjalnego stanowiska jakichkolwiek firm lub instytucji dla których pracuję lub pracowałem w przeszłości.

Zarobić na cudzym strachu, czyli media, Ukraina i "awaria jądrowa"

Zaporoska Elektrownia Jądrowa. Drobna usterka w jej bloku nr 3 wywołała wielką falę spekulacji medialnych w Polsce.
Zaporoska Elektrownia Jądrowa. Drobna usterka w jej bloku nr 3 wywołała wielką falę spekulacji medialnych w Polsce. fot. Ralf1969 via Wikipedia
W ostatnich dniach przez polskie media przetacza się fala spekulacji o rzekomych zagrożeniach związanych z awarią w ukraińskiej elektrowni jądrowej. Praktycznie wszystkie te spekulacje nie mają najmniejszego oparcia w faktach.

Zaczęło się w środę 3 grudnia od wypowiedzi Arsenija Jaceniuka.
– Poinformowano mnie o awarii w Zaporoskiej Elektrowni Jądrowej – stwierdził ukraiński premier. I zapowiedział konferencję ministra energetyki Wołodymyra Demczyszyna na ten temat.
To wystarczyło by awaria stała się tematem dnia dla polskich mediów, rzecz jasna bez czekania na konferencję Demczyszyna. Na nic zdały się jego zapewnienia, że awaria nic wspólnego nie miała z reaktorem i że blok wróci do pracy już za dwa dni. Informacja zaczęła żyć w mediach własnym życiem.



I szybko wprowadzono do niej "poprawki". Z awarii w elektrowni szybko zrobiła się awaria reaktora, a potem wprost katastrofa nuklearna i potencjalny drugi Czarnobyl. Wszystko to bez żadnego oparcia w faktach, a nawet wbrew faktom już wtedy znanym. W rzeczywistości bowiem doszło do drobnej usterki w układzie pomiarowym własnej sieci elektrycznej bloku, która po prostu zgodnie z normalnymi procedurami bezpieczeństwa skutkuje wyłączeniem instalacji (opisałem to dokładnie tutaj, a w wersji skróconej i łatwiej strawnej przedstawił to na swoim blogu Maciej Lipka). I nie było to żadną tajemnicą, nikt też niczego - jak gdzieniegdzie sugerowano - nie ukrywał przez tydzień. Istotnie, zdarzenie miało miejsce 28 listopada wieczorem, a więc 5 dni przed feralną konferencją, ale już 29 listopada informacja o nim zawisła jak należy na stronie internetowej elektrowni. Ale nie wzbudziła niczyjego zainteresowania. Zainteresowanie mediów lokalnych wzbudziły tylko niedobory energii, stąd też i temat pojawił się na szczeblu rządu.

Polscy dziennikarze, szczególnie z tabloidów, nie wykazali jednak przesadnego dążenia do ustalenia prawdy i na stronę internetową elektrowni się najwyraźniej nie pofatygowali. Zamiast tego uraczyli internautów – w najlepszym wypadku – czerwonymi nagłówkami o bliżej niesprecyzowanej "awarii w elektrowni jądrowej", a w najgorszym wizją przerażającej katastrofy. Najdalej posunął się chyba "Fakt", który zamieścił następującą informację:

Podczas gdy niektóre media jeszcze trzymały się w granicach niedomówienia i spekulacji (choć też często wykraczających daleko poza granice rzetelności), tak tutaj przekroczono już wszelkie granice: podane stwierdzenie jest zwyczajnym kłamstwem i było o tym wiadomo już w momencie jego publikacji. Autorzy materiału albo byli zbyt nieudolni, by to sprawdzić, albo zwyczajnie zdecydowali się ignorować fakty w imię kreowania sensacji.

Po kilku godzinach pojawiły się uspokajające komunikaty i wyjaśnienia Państwowej Agencji Atomistyki, której rzeczniczka dwoiła się i troiła, by opanować sytuację. Niestety jednak przeciw niej działała zwłoka oraz fachowy język, którym posłużyli się autorzy pierwszej wersji oficjalnego komunikatu PAA. Dla laika zrozumiałe było tylko "nie ma powodów do obaw", ale już "problemy w części elektrycznej turbozespołu bloku III" nie musiały wcale brzmieć uspokajająco dla kogoś, kto nie wie jak działa elektrownia jądrowa i co to w ogóle jest turbozespół (choć PAA zareagowała potem i komunikat uczyniono zdecydowanie czytelniejszym). Z kolei opublikowana przez ukraiński dozór jądrowy (niestety w wersji szczegółowej tylko po ukraińsku) informacja wskazująca dokładnie jaki element elektrowni uległ uszkodzeniu, przeszła zupełnie przez naszych dziennikarzy niezauważona.

W każdym razie niektóre media przyjęły brak zagrożenia do wiadomości, ale w innych nagłówki nieco tylko złagodniały - w tymże samym "Fakcie" z "Katastrofy nuklearnej" zrobiła się już tylko "awaria w elektrowni" – ale nie przeszkodziło to pod "uspokojonym" nagłówkiem nadal umieszczać linka do "relacji na żywo" z "katastrofy jądrowej" (te sformułowania są tam zresztą nadal). Relacja prowadzona na tyle rzetelnie, że nie udało się nawet napisać nazwiska rzeczniczki PAA bez błędu. Za to udało się podać "informacje", że:

- "Na Ukrainie, ok. tysiąc kilometrów od granic Polski, doszło do awarii reaktora jądrowego. Potwierdził to premier Ukrainy Arsenij Jaceniuk." głosi (wciąż jeszcze - 9 grudnia!) artykuł. Tego zdania nie można nazwać inaczej niż zwyczajnym kłamstwem;

- "Niektórzy wieszczą 'drugi Czarnobyl'" - niestety kim byli owi wieszcze nie sprecyzowano;

- "Teraz sytuacja jest o tyle groźniejsza, że awaria wydarzyła się w elektrowni atomowej, którą zbudowano na terenie, na którym dziś toczą się walki między prorosyjskimi separatystami i ukraińskim wojskiem", co jest wierutną bzdurą, bo od elektrowni do terenu objętego walkami jest ok. 280 km.

Osobny artykuł spekulował, czy Polsce grozi radioaktywna chmura. I jakkolwiek oczywiście zaznaczano, że w zasadzie nie wiadomo, by cokolwiek takiego się stało (znowu powołując się na rzecznik PAA i znowu ze złym nazwiskiem), to autor materiału stwierdzał: "Jeżeli jednak dojdzie do wycieku materiału radioaktywnego z elektrowni, to istnieje ogromne zagrożenie dla ludzi. Także w Polsce!" Co też samo w sobie jest co najmniej kolosalnym uproszczeniem, bo ujmując rzecz najprościej, wyciek wyciekowi nierówny, a biorąc pod uwagę typ zastosowanego w Zaporoskiej EJ reaktora powstanie skażenia zagrażającego Polsce jest – nawet w bardzo poważnych stanach awaryjnych – skrajnie mało prawdopodobne o ile w ogóle fizycznie możliwe.

Wszystkie wspomniane wyżej bzdury nadal wiszą bez słowa komentarza na stronie Faktu, choć jest już 9 grudnia, wszystko w sprawie zostało w zasadzie objaśnione, a przedmiotowy blok energetyczny z powrotem osiągnął normalne parametry pracy w nocy z piątku na sobotę.

Tymczasem w czwartek zdawało się już, że sprawa ucichnie. Większość mediów zdawała się o temacie w ogóle nie pamiętać. Ale w piątek nastąpił powrót: po Polsce gruchnęła (rozsyłana m.in. SMS-ami) plotka o radioaktywnej chmurze, która nie wiedzieć czemu miała akurat być nad Poznaniem. I znowu kolejna runda dementi z PAA, Rządowego Centrum Bezpieczeństwa, a nawet Narodowego Centrum Badań Jądrowych. Nie wszystkie media wpadły jednak na to, by już w nagłówkach pisać, że to bzdura. Wiadomo - wtedy klient może nie kliknąć...

No to teraz już naprawdę powinien być koniec. Ale nie był. Teraz mamy rundę informacji, pod hasłem "nie było się czego bać". W jednym przypadku artykuł taki zilustrowano zdjęciami z... Czarnobyla (wpolityce.pl). W cynizmie ponownie przebił jednak wszystkich Fakt publikując na pierwszej stronie wielki tytuł "Kto wymyślił tę bzdurę?". "Po awarii w elektrowni atomowej na Ukrainie wielu Polaków wpadło w popłoch. A wszystko przez bzdury" pisze w artykule red. Weronika Henszel. To niech sobie jeszcze Pani Redaktor zada łaskawie pytanie: kto te bzdury rozpowszechniał?

I może to już koniec? Też nie. Wczorajszy SuperExpress postanowił Faktowi pola nie oddawać i dowieść, że pod pozorem uspokajania też można postraszyć. "Na szczęście nie zanotowano wzrostu promieniowania, ale obiekt na Zaporożu może stać się dla okolicznych krajów drugim Czarnobylem. Wystarczy jeden zabłąkany pocisk z obwodu donieckiego" głosi wstęp do artykułu zrlektroniczna tutaj). Pozwolę sobie sprostować: nie, nie wystarczy jeden pocisk żeby spowodować katastrofę elektrowni jądrowej, bo reaktor zainstalowany jest w budynku, który konstrukcyjnie jest niczym innym, jak bardzo solidnym bunkrem. To jedno. Po drugie zabłąkany pocisk nie przeleci ot tak sobie 280 km nawet, jeśli zostanie wystrzelony z haubicy. Wróćmy jednak do artykułu. Po takim ładnym wstępie pojawia się uspokajający komentarz PAA, z dokładnym cytatem. A zaraz po nim: "Ale jak głosi plotka, zagrożenie było". Na takie dziennikarstwo, które przeciwstawia faktycznym wynikom pomiarów (bo tu już nie chodzi tylko o oficjalne dementi, do 9 listopada można było sobie posprawdzać faktyczne pomiary z różnych krajów) plotki, naprawdę trudno znaleźć słowa.

Oczywiście nie jest żadną niespodzianką, że niektóre media, w szczególności tzw. tabloidy, żyją ze wzbudzania kontrowersji. Im bardziej alarmujący albo skandalizujący nagłówek - tym lepiej. Mimo to tutaj pewne granice zostały przekroczone. Szukania sensacji na siłę można nie lubić, ale nie jest to zbrodnia. Trudno jednak choćby neutralnie odnieść się do wzbudzania w ludziach bezpodstawnego strachu, czy to celowo, czy przez własne niedbalstwo. A strach faktycznie wzbudzono. W ankiecie pod jednym z artykułów portalu Fakt.pl na pytanie "Czy boisz się skażenia?" 82% respondentów odpowiedziało twierdząco. A w piątek do wielu instytucji dzwonili przestraszeni rodzice bojący się o zdrowie własnych dzieci. Oczywiście to nie same tabloidy wykreowały tę sytuację, ale na pewno przyłożyły rękę do tego, by ludzie się naprawdę bali. I choć w tej sytuacji nie ma absolutnie niczego komicznego, to za komentarz może mi tu posłużyć cytat z dobrej polskiej komedii: nie ma w słowniku ludzi kulturalnych słów, które mogłyby dostatecznie obelżywie określić takie postępowanie.

Redakcjom, które się w tej kwestii tak ładnie popisały, chciałbym zalecić lekturę Karty Etycznej Mediów. Choć jednocześnie mam wątpliwość, czy cokolwiek do nich w tej kwestii dotrze...
Trwa ładowanie komentarzy...