Wydaje się, że jednym z naturalnych a zarazem najlepszych miejsc do informowania o faktach jest szkoła. Kierując się tym rozumowaniem ponad rok temu twórcy rządowej kampanii zorganizowali zatem, w ramach większego spotkania, warsztaty dla nauczycieli fizyki i chemii z rejonów, którym "grozi" powstanie elektrowni jądrowej. Nie chodziło o żadną – jak upierali się przeciwnicy – indoktrynację, ale po prostu o porozmawianie jak w program nauczania szkół ponadgimnazjalnych wpleść objaśnienie o co w ogóle chodzi z tą energią jądrową – po to właśnie, by w przyszłości obywatel w ogóle rozumiał o czym się rozmawia. Niestety warsztaty, które współprowadziłem, skończyły się porażką, bo jednoznacznie z nich wynikło, że tego nie da się zrobić. I to nie na zasadzie negatywnego podejścia "nie da się i już". Przeciwnie, ten pogląd w zasadzie wszystkich zaproszonych nauczycieli, został bardzo konkretnie uzasadniony.
Mianowicie: w klasach ogólnych liceów oraz we wszystkich klasach o profilu innym niż matematyczno-fizyczny (względnie podobny) fizyka występuje przez jeden rok (w pierwszej klasie) w wymiarze jednej godziny lekcyjnej w tygodniu. I tyle. Podobnie zresztą z chemią. Potem jest już tylko zbiorczy przedmiot przyroda, ale też w bardzo małym wymiarze. W takich warunkach sama realizacja podstawy programowej (bardzo okrojonej w dzisiejszych czasach) jest logistycznie trudna, a co tu dopiero mówić o wprowadzaniu nowych zagadnień. Ten problem zresztą dotyczy i klas profilowanych, czego dowodem list, jaki parę dni temu napisał do Gazety Wyborczej rodzic ucznia klasy matematyczno-fizycznej, rzekomo przygotowującej do studiów politechnicznych, w której jest co prawda rozszerzona fizyka i matematyka, ale chemii i informatyki już nie ma....
Z jednej strony nic w tym nowego. Pracownicy uczelni wyższych od dawna skarżą się na bardzo okrojoną wiedzę osób przychodzących na studia – i to nawet tych, które "profilowano" w odpowiednim kierunku. Problem jest jednak wbrew pozorom dużo szerszy. Jednym z najważniejszych aspektów jest to, że osoba o wykształceniu średnim ma marginalną wiedzę w zakresie, który nie został objęty jej profilem. Efekt jest taki, że absolwent liceum "ogólnokształcącego" wcale porządnej wiedzy ogólnej nie posiada i tak naprawdę mało rozumie z procesów zachodzących w otaczającym go świecie. To wszystko w czasach, w których z coraz większej ilości tych procesów musi korzystać (w związku z rozwojem cywilizacji w ogóle, a techniki i ekonomii w szczególności).
Niemniej nie chciałbym tu dołączać do chóru od dawna mówiącego "kiedyś było lepiej, wróćmy do tego". Owszem, było trochę lepiej, ale wcale nie było dobrze. Ja jeszcze uczyłem się "po staremu", osiem lat podstawówki i cztery liceum, i jakkolwiek na pewno wtedy więcej wiedzy ogólnej w nas próbowano wtłoczyć, to efekty niekoniecznie musiały być dużo lepsze, szczególnie jeśli chodzi o tych, którzy potem nie studiowali kierunków ścisłych. Weźmy konkretny przykład nauki zagadnień związanych z grawitacją. "Za moich czasów" robiono to przez tłuczenie zadań i równań. Rozpatrywało się do znudzenia tor lotu kamienia (sprowadzonego do punktu materialnego) rzuconego pod kątem alfa z siłą F. Matematyczne czary-mary i mamy wynik. Zmiana kąta, zmiana siły i powtarzamy. Tak uczono bardzo wielu zagadnień. Efekt był taki, że osoby niezainteresowane fizyką zakuwały równania, pisały klasówkę i zapominały. To samo bywało np. z historią (wkuwanie dat zamiast zrozumienia procesów). To wcale nie była dobra metoda na zrozumienie świata. Ale odpowiedź zastosowana przez nasze władze oświatowe, polegająca w zasadzie na wykreśleniu co bardziej skomplikowanych zagadnień, także dobra nie jest. W opisywanym przykładzie najważniejsze jest bowiem, by młody (a potem i stary) człowiek rozumiał, że kamień spadnie niechybnie, mniej więcej jakim torem lotu, a przede wszystkim dlaczego to nieuniknione, że spadnie. Dobrze byłoby też wyjaśnić o co chodziło z tym punktem materialnym i dlaczego w opisie zjawiska można pewne rzeczy pominąć (czyli np. kształt owego kamienia, albo - istniejące przecież - jego oddziaływanie grawitacyjne z Księżycem) – bo to z kolei wyjaśnia na jakiej zasadzie współcześnie przewiduje się i symuluje różne zjawiska. I żeby to zrozumieć wcale nie trzeba samemu umieć napisać każdego równania. Oczywiście takie nauczanie się w Polsce zdarza, jeśli zdarzy się odpowiedni nauczyciel, ale podstawa programowa tego nijak nie gwarantuje.
Ale to i tak nie jest największy i najpoważniejszy problem polskiego szkolnictwa. Są dwa zagadnienia bardziej fundamentalne, a jednocześnie albo zupełnie nieobecne, albo ćwiczone zdecydowanie zbyt słabo w istniejących programach i praktyce nauczania.
Pierwszy problem to nauka. Tak jest, nauka. Czy polska szkoła uczy CZYM JEST nauka? A konkretniej: czy ktoś kogoś w szkole uczy co to jest "metoda naukowa"? Ja z ręką na sercu mogę stwierdzić, że przez osiem lat szkoły podstawowej, cztery lata liceum i pięć lat studiów nigdy nie słyszałem tego pojęcia, nie mówiąc już o jego definicji (poznałem ją bodaj przy okazji gry w którąś Cywilizację – bo była taka pozycja w drzewku technologii, na szczęście szczegółowo objaśniona). W tej chwili "metoda naukowa" figuruje w podstawie programowej liceum jako jedno z opcjonalnych i przykładowych zagadnień na przedmiocie "przyroda".
To jest absolutnie fundamentalny brak w systemie edukacji o potencjalnie ogromnych negatywnych konsekwencjach społecznych. I już go doskonale widać przy okazji debat na wszelkie tzw. kontrowersyjne tematy, które mają cokolwiek wspólnego z nauką właśnie. Lista obejmuje np. promieniowanie, GMO, szczepienia, doświadczenia na zwierzętach... W zasadzie wszystkie te tematy w ogóle są kontrowersyjne głównie ze względu na niezrozumienie czym jest i jak działa współczesna nauka. W połączeniu z modus operandi dzisiejszych mediów prowadzi to do sytuacji, w której dorobkowi światowej nauki spełniającemu wszystkie standardy są przeciwstawiane paranaukowe "ekspertyzy", a następnie oba poglądy są prezentowane w mediach jako równoważne, w wyniku czego do opinii publicznej dociera komunikat typu "prawda leży pośrodku" (w tej kwestii polecam zresztą doskonały wpis na blogu dziennikarzy naukowych tygodnika Polityka). Coś takiego na masową skalę jest możliwe wyłącznie dzięki niezrozumieniu podstawowych zasad nauki. Prowadzić to może do podejmowania przez ludzi nieuzasadnionych decyzji, ale także do blokowania postępu naukowego i technicznego w wyniku wprowadzania nieuzasadnionych (ale cieszących się społecznym poparciem) zakazów i nakazów, a także sprowadzania istotnych debat publicznych na bezsensowne tory.
Drugi poważny brak we współczesnym kształceniu, który obserwuję we własnej pracy dydaktycznej, to zagadnienie umiejętności wyszukiwania i analizy informacji. Jest smutnym paradoksem, że w dobie globalnej sieci, w czasach gdy prawie cała wiedza ludzkości jest na wyciągnięcie ręki, młodzi ludzie coraz słabiej umieją z tego korzystać. Oczywiście nie chodzi tu o proste znajdowanie odpowiedzi na zadane pytanie; to (z pomocą firmy Google) umie praktycznie każdy. Ale głębsze wejście w analizowane zagadnienie, poszukanie odmiennych informacji i poglądów wykraczających poza "najbardziej popularny wynik wyszukiwania", dokopanie się do informacji źródłowych, porównanie dwóch zestawów informacji o różnej strukturze – to zagadnienia dostępne coraz mniejszemu odsetkowi. A to jest akurat coś, co w polskich szkołach w taki czy inny sposób kiedyś ćwiczono. Choćby... na języku polskim, gdzie napisanie rozprawki wymagało analizy źródeł pod kątem określonej tezy. Teraz tej umiejętności coraz bardziej brakuje, zresztą na uczelniach wyższych też się wiele w tej kwestii nie robi.
Oczywiście część młodych ludzi sobie radzi (tu na szczęście znam liczne pozytywne przykłady) z nabyciem odpowiedniej wiedzy i umiejętności mimo tych braków w programach kształcenia (pewnie niemały tu i wpływ rodziców - i chwała im za to). Ale nie jest to żadnym usprawiedliwieniem dla istnienia tych braków. Szczególnie, że załatanie akurat tych "dziur" byłoby dziecinnie łatwe i nie wymagałaby żadnych szczególnych funduszy. Wystarczy tylko chęć. No, może wcześniej świadomość istnienia problemu. A z tą może być kiepsko. Jak pokazało dziennikarskie dochodzenie we wspomnianym wyżej przypadku, u nas dwa ministerstwa (MEN i MNiSW) wzajemnie nie wiedzą co w ich programach kształcenia jest. A co dopiero o świadomości tego, czego w nich nie ma...
Niestety bez zmiany tego stanu rzeczy może się za parę-paręnaście lat okazać, że na poważnie rozmawiać o złożonych zagadnieniach zwyczajnie nie będzie z kim. Byłoby bardzo dobrze, gdyby Ministerstwo Gospodarki było w stanie uświadomić ten problem decydentom Ministerstwa Edukacji Narodowej.
