Atomowy strzał w stopę

Jak poinformował w piątek internetowy serwis Gazety Wyborczej, spółka PGE EJ1, inwestor w projekcie pierwszej polskiej elektrowni jądrowej, chciała podpisać z wójtami gmin rozważanych jako lokalizację umowę... zakazującą krytyki prowadzonych przez siebie działań.

Umowa o współpracy (niestety nie podano o niej wielu szczegółów) zapewniłaby dofinansowanie trzem pomorskim gminom: Krokowa, Choczewo i Gniewino. To na ich terenie znajdują się dwie rozważane obecnie lokalizacje pierwszej polskiej elektrowni jądrowej. Na propozycję umowy trzeba spojrzeć w kontekście wystosowanego 21 stycznia b.r. do premier Ewy Kopacz listu wójtów tych gmin, którzy zarzucali stronie rządowej opieszałość w realizacji programu energetyki jądrowej oraz domagali się od państwa gwarancji realizacji elektrowni lub rekompensaty dla regionu w przypadku rezygnacji z tej inwestycji.



Premier wójtom nie odpowiedziała, wydaje się jednak, że propozycja pogłębionej współpracy powiązanej ze wsparciem finansowym ze strony państwowego inwestora miała być właśnie formą reakcji na skargi lokalnych samorządów.

I nie byłoby w tym nic dziwnego ani złego, gdyby nie niektóre zapisy zaproponowanych wójtom umów. Jak pisze reporter "Gazety Wyborczej" jeden z jej punktów głosi:

Każda ze stron zobowiązana jest do powstrzymywania od formułowania publicznie negatywnych komentarzy, opinii lub uwag dotyczących każdej innej strony

- To jest absurd, czegoś takiego nie możemy podpisać - komentuje cytowany przez "Wyborczą" Zbigniew Walczak, wójt Gniewina. I trudno mu się dziwić. Dziwić się natomiast można Polskiej Grupie Energetycznej, że taki pomysł w ogóle padł.

Osobiście nie podejrzewam tu PGE o złe intencje, o próbę kneblowania samorządu i ukrywania jakichś machinacji (choć doskonale rozumiem, że takie komentarze musiały się pojawić). Co do zasady takie klauzule oczywiście nie stanowią w umowach handlowych niczego dziwnego – korporacje zasadniczo nie lubią finansować kogoś, kto potem źle o nich mówi publicznie. Ale to jednak nie jest zwykła umowa handlowa, a umowa zawierana pomiędzy spółką skarbu państwa, a samorządem, w dodatku dotycząca inwestycji, w której roli transparentności przecenić zwyczajnie nie można.

Proponowanie tutaj tego rodzaju zapisów należy zatem zakwalifikować, nawet w najbardziej przychylnej dla PGE interpretacji, jako elementarną bezmyślność. Sama spółka ustami swojej rzecznik prasowej twierdzi, że „zapis taki nie ma nic wspólnego z 'milczeniem w sprawie opóźnień i błędów'”, żadnego oficjalnego komunikatu w sprawie nie wydała.

Wydaje się, że jest to przypadek sytuacji, w której dogmatyczne stosowanie reguł korporacyjnych przeważyło nad stosowaniem zdrowego rozsądku i szerszym postrzeganiem celu, do którego firma powinna dążyć (a przy okazji typowego dla polskich instytucji i firm państwowych braku umiejętności zarządzania kryzysem wizerunkowym).

Sprawa tym bardziej godna pożałowania, że to właśnie mieszkańcy zainteresowanych gmin są jedną z grup społecznych wśród których poparcie dla budowy elektrowni jądrowych jest najwyższe (rzędu 70-80%), co jest bezcennym atutem dla PGE i całego programu. Jednak sytuacja ta (jak również poprzednia wpadka PGE z wyznaczeniem Gąsek jako potencjalnej lokalizacji w taki sposób, że mieszkańcy dowiedzieli się o tej decyzji z mediów) jest tylko symptomem dużo poważniejszego problemu, którym jest brak spójnego kierownictwa w projekcie atomowym (a tak naprawdę to i w całej polskiej polityce energetycznej).

Jest bowiem tak, że za kwestie strategiczne (a więc opracowanie polityki energetycznej, a wcześniej także Programu Polskiej Energetyki Jądrowej) odpowiada departament Ministerstwa Gospodarki (zresztą nie jeden, bo obok Departamentu Energetyki są osobne i równorzędne Departament Energii Jądrowej oraz Departament Energii Odnawialnej, a jest jeszcze Departament Ropy i Gazu i Departament Górnictwa). Ale strategię tę realizować mają podmioty co prawda państwowe, ale kontrolowane przez Ministerstwo Skarbu Państwa.

Konflikty na tym tle nie są rzadkością; w krótkiej historii polskiego programu jądrowego zdarzył się już minister skarbu, który całkiem otwarcie kontestował projekt jądrowy, jednocześnie stanowiący jeden z najważniejszych celów strategicznych polskiej polityki energetycznej. Zapewne po części dla uniknięcia takich sytuacji powołano w Polsce w maju 2009 roku Pełnomocnika Rządu do spraw Polskiej Energetyki Jądrowej – funkcję tę powierzono Hannie Trojanowskiej, osobie obdarzonej dużą wiedzą fachową, ale bez widocznego zaplecza politycznego.

Zresztą i tak w zeszłym roku stanowisko to zlikwidowano, argumentując, że po przygotowaniu Programu Polskiej Energetyki Jądrowej zadania dla pełnomocnika się skończyły. Nie było to prawdą – zarówno z punktu widzenia teorii (co widać wyraźnie w rozporządzeniu tworzącym to stanowisko - pisałem o tym tutaj), jak i praktyki. Dowodu praktycznego dostarczają obecne przepychanki pomiędzy resortami skarbu i gospodarki, opisywane w tym samym artykule „Wyborczej” – teraz akurat oba ministerstwa przerzucają się odpowiedzialnością za opóźnienia. W chwili obecnej najniższą instancją wspólną nad wszystkimi uczestnikami projektu jest jednak Prezes Rady Ministrów, a trudno chyba angażować premiera do rozwiązywania operacyjnych sporów pomiędzy interesariuszami.

Gdyby tego było mało, stanowisko polskich premierów w kwestii jądrowej dalekie jest od jasności. Premier Tusk o energii jądrowej mówił niechętnie i tylko, gdy był wywoływany do tablicy, choć w takich sytuacjach mimo wszystko wyrażał poparcie dla rozwoju energetyki jądrowej (ale już pytany o rozwój energetyki w ogóle o tym jej składniku sprawnie zapominał). Jakie jest natomiast oficjalne stanowisko premier Kopacz w tej sprawie póki co nie wiadomo, bo nie znalazła jeszcze czasu, aby je jasno wyłożyć. I to pomimo faktu, że realizacja PPEJ w pełnym zakresie (6000 MW mocy zainstalowanej) jest wpisana jako punkt programu obowiązkowego we wszystkich scenariuszach przygotowywanej polityki energetycznej do 2050 roku.

Jest absoutną oczywistością, że projekt tak złożony i wielowymiarowy jak budowa elektrowni jądrowych, w takich warunkach nie będzie realizowany efektywnie, a wątpliwe jest czy w ogóle można go będzie doprowadzić do końca. Rząd (a konkretniej: premier, bo w istniejącym porządku prawno-organizacyjnym nie ma innej możliwości) musi się w tej kwestii jasno określić. Jeśli chce z projektu zrezygnować, to należy to uczynić jak najszybciej. Jest bardzo wiele grup społecznych, którym taką prawdę należy powiedzieć prosto w oczy jak najszybciej: władze i mieszkańcy gmin, w których ma powstać elektrownia, osoby z przekonaniem realizujące prace w administracji rządowej, w PGE, na uczelniach, w organach dozoru jądrowego, ale także studenci wybierający specjalności związane z energetyką jądrową, kierownictwa uczelni wyższych, które wdrażają odpowiednie programy badań i nauczania, wreszcie wszyscy obywatele, którzy za to płacą.

Jeśli natomiast projekt ma być realizowany, to konieczne jest zapewnienie mu jasnego politycznego poparcia. Premier rządu musi głośno powiedzieć tak dla atomu, muszą pojawić się politycy gotowi popilotować ten projekt właśnie na forum politycznym (tak krajowym, jak i międzynarodowym), musi wreszcie pojawić się ktoś, kto wszystkie te działania skoordynuje, mając odpowiednie kompetencje, formalną możliwość postawienia na baczność kłócących się ze sobą organów państwa, a jednocześnie wystarczająco silną pozycję polityczną, by z tej możliwości skorzystać. W takich warunkach projekt może się udać i przynieść Polsce znaczące korzyści w wielu obszarach. Bez tego natomiast szkoda chyba czasu, pieniędzy i energii wielu zdolnych ludzi.
Trwa ładowanie komentarzy...