O autorze
Subiektywny blog o energii i energetyce jądrowej – dla nie-inżynierów, ale nie tylko.

Jestem inżynierem-energetykiem z całkiem jeszcze niewielkim przebiegiem. O energetyce uczyłem się na Wydziale Mechanicznym Energetyki i Lotnictwa Politechniki Warszawskiej, na którym dziś zresztą pracuję. Choć nie studiowałem specjalności związanej stricte z energetyką jądrową (nie było jeszcze takiej możliwości), od lat jestem na różne sposoby związany z tą branżą. Brałem udział w różnych szkoleniach specjalistycznych organizowanych przez instytucje krajowe i zagraniczne, z energetyką jądrową związana była także moja praca dyplomowa. Uczestniczyłem w realizacji zadań badawczych mających na celu ocenę możliwości uczestnictwa polskiego przemysłu w rozwoju energetyki jądrowej oraz ocenę przebiegu i skutków potencjalnych awarii elektrowni jądrowych. Od lat prowadzę działalność mającą na celu popularyzację wiedzy o energii jądrowej (rozpoczętą jeszcze w czasach studiów, gdy byłem członkiem a następnie prezesem Koła Naukowego Energetyków). Zajmuję się również kwestiami stabilizacji pracy systemu elektroenergetycznego. Poza uczelnią pracuję w międzynarodowej firmie energetycznej oferującej konwencjonalne maszyny energetyczne.

W roku 2012 przez trzy miesiące pracowałem w charakterze eksperta na rzecz kampanii informacyjnej "Poznaj atom. Porozmawiajmy o Polsce z energią", jednak współpracę tę definitywnie zakończyłem z dniem 31 grudnia tego roku.

Wszystkie opinie prezentowane na tym blogu mają charakter opinii prywatnych i w żaden sposób nie wyrażają oficjalnego stanowiska jakichkolwiek firm lub instytucji dla których pracuję lub pracowałem w przeszłości.

Brytyjskiemu atomowi Austria mówi nie

W dniu dzisiejszym Austria zaskarżyła decyzję Komisji Europejskiej zezwalającą na zagwarantowanie nowym brytyjskim blokom jądrowym taryfy na wyprodukowaną w przyszłości energię elektryczną. Krok ten, zapowiadany przez austriacki rząd od kilku miesięcy, jest elementem prowadzonej przez ten kraj ogólnoeuropejskiej kampanii antyatomowej.

Sprawa bezpośrednio dotyczy Elektrowni Jądrowej Hinkley Point C (choć tak naprawdę jej wydźwięk jest dużo szerszy). Tę składającą się z dwóch bloków z reaktorami Areva EPR instalację ma wybudować EDF Energy, spółka zależna francuskiego francuskiego koncernu Électricité de France, największego wytwórcy energii elektrycznej na świecie. Hinkley Point C ma być pierwszą z serii kilku nowych elektrowni, których brytyjski system elektroenergetyczny pilnie potrzebuje z uwagi na konieczność stopniowego wycofywania istniejących bloków jądrowych po roku 2025. Jest to zatem inwestycja o strategicznym znaczeniu dla brytyjskiego bezpieczeństwa energetycznego.

Niestety panujące obecnie na europejskich rynkach energii warunki (w tym w szczególności - choć nie tylko - niestabilność regulacyjna) nie sprzyjają długoterminowym i kapitałochłonnym inwestycjom w moce wytwórcze. Od kilku lat większość mocy jest zatem instalowana wyłącznie w elektrowniach podlegających różnego rodzaju dotacjom i gwarancjom wyłączającym je częściowo lub w całości z wolnego rynku energii. Dotyczy to w głównej mierze źródeł odnawialnych (które w rynku w ogóle nie uczestniczą), ale także innych inwestycji np. w wysokosprawne elektrociepłownie, zresztą nawet polskie elektrownie węglowe otrzymały pewną formę pomocy i gwarancji państwowych, bez których inwestor nie chciał się podjąć ich budowy. Przed tym samym problemem stanęli Brytyjczycy i uznali, że bez pomocy publicznej się nie obejdzie. W przypadku nowych elektrowni jądrowych przybrała ona postać gwarancji kredytowych, gwarancji finansowych na wypadek przedwczesnego zamknięcia elektrowni z przyczyn politycznych oraz specjalnego mechanizmu kształtowania cen energii z ukończonej już elektrowni, tzw. kontraktów różnicowych. Takie mechanizmy były niezbędne, aby skłonić inwestora (który z brytyjskiego punktu widzenia jest inwestorem prywatnym - mimo że kontroluje go francuski skarb państwa) do realizacji projektu.



Oczywiście zgodnie z obowiązującymi w Unii Europejskiej przepisami udzielenie pomocy publicznej wymaga akceptacji na poziomie wspólnotowym - choć sama w sobie nie jest ona wcale zdarzeniem niezwykłym. W przypadku Hinkley Point C nie mogło być rzecz jasna inaczej. Zatem po wynegocjowaniu warunków pomiędzy brytyjskim rządem a EDF Energy - porozumienie osiągnięto w październiku 2013 roku - pomoc publiczna została zgłoszona do zatwierdzenia przez Komisję Europejską. Decyzję wydano po upływie niemal roku - 8 października 2014. Komisja orzekła, że "Pomoc dla [Elektrowni Jądrowej] Hinkley Point C w formie kontraktu różnicowego, porozumienia z Ministrem [Energii i Zmian Klimatu] oraz gwarancji kredytowej wraz ze wszystkimi ich elementami, które Wlk. Brytania planuje wdrożyć jest zgodna z rynkiem wewnętrznym w rozumieniu Artykułu 107(3)(c) Traktatu o funkcjonowaniu Unii Europejskiej".

Decyzja ta oznacza w praktyce, że zaplanowane przez brytyjski rząd środki wsparcia dla nowej elektrowni jądrowej nie naruszają zasad rynkowych panujących w UE, a inwestor nie uzyska w ten sposób nieuczciwej przewagi konkurencyjnej - tylko to bowiem wymagało akceptacji Brukseli. W styczniu 2015 r. rząd austriacki zapowiedział jednak, że decyzję Komisji zaskarży. Przy tym od samego początku było jasne, że Austriakom nie chodzi tu wcale o zasady wolnego rynku ani o jakiekolwiek interesy gospodarcze samej Austrii - trudno sobie bowiem wyobrazić w jaki sposób brytyjska inwestycja mogłaby wpłynąć na gospodarkę kraju położonego w centralnej części kontynentu. Zresztą sami Austriacy nie kryli, że wcale nie chodzi im o rynek.

- Austriacki rząd ogłosił swoją gotowość do zaskarżenia decyzji [Komisji Europejskiej] dotyczącej pomocy publicznej dla projektu Hinkley Point, ponieważ nie uznaje on energetyki jądrowej za technologię zrównoważoną, ani pod względem środowiskowym, ani gospodarczym - mówił w styczniu 2015 r. cytowany przez brytyjski dziennik Guardian Stefan Pehringer, doradca ds. polityki zagranicznej austriackiego kanclerza. Podobne uzasadnienie powtórzył przy okazji składania skargi sam kanclerz Austrii Werner Faymann, który stwierdził (cyt. za World Nuclear News), że energia jąrowa "nie jest innowacyjną technologią i nie jest zatem godna dotowania". Zdaniem kanclerza Faymanna "pomoc [publiczna] istnieje w celu wspierania nowych i nowoczesnych technologii leżących w interesie wszystkich krajów UE". Wydaje się to cokolwiek innowacyjną interpretacją przepisów dotyczących pomocy publicznej, które w rzeczywistości wprowadzono dla ochrony konkurencyjności.

Niemniej tu nie o konkurencyjność chodzi. 6 czerwca kanclerz Faymann stwierdził, że podejmowany przez jego rząd krok ma służyć jako "czynnik odstraszający dla inwstorów, nie tylko w Wielkiej Brytanii, ale w całej Europie". Jest to "kolejny krok w [austriackiej] antyjądrowej polityce, której celem jest wolna od atomu Europa". Innymi słowy - rząd Austrii otwartym tekstem poinformował, że jego rzeczywistym celem jest zwalczanie technologii jądrowej w innych krajach europejskich, co samo w sobie nie zaskakuje - antyjądrowe stanowisko Austriaków jest znane od lat. Austria sama wybudowała w latach 70. elektrownię jądrową, ale tuż przed jej uruchomieniem zorganizowano referendum w tej sprawie. Większością niespełna 50,5% głosów obywatele zadecydowali o nieuruchamianiu instalacji. Ukończoną już elektrownię częściowo rozebrano, natomiast Austria stopniowo stała się jednym z najbardziej antyatomowych krajów na świecie. Jeszcze w 1978 roku austriacki parlament przyjął ustawę zabraniającą wykorzystywania energetyki jądrowej na terenie kraju. W późniejszych latach Austriacy stali się znani z ostrych protestów przeciwko instalacjom jądrowym w sąsiednich krajach, w szczególności w czeskim Temelinie. Co ciekawe antyatomowa polityka Austrii - tak wewnętrzna jak i zagraniczna - nie stoi najwyraźniej w sprzeczności z faktem, że Wiedeń jest siedzibą Międzynarodowej Agencji Energii Atomowej, organizacji, której statutowym celem jest propagowanie pokojowego wykorzystania energii jądrowej.

Podjęty dziś przez rząd austriacki krok jest precedensowy, stanowi bowiem próbę wykorzystania mechanizmów prawnych Unii Europejskiej - przy tym mechanizmów nie powołanych do tego celu - do aktywnego wpłynięcia na politykę energetyczną innego państwa członkowskiego. Rząd brytyjski zapewne będzie usiłował bronić decyzji KE wszelkimi dostępnymi mu metodami. Brytyjski MSZ od początku nie pozostawiał w tej kwestii żadnych złudzeń - wg informacji dziennika Guardian rządowi austriackiemu już w lutym zakomunikowano wprost, iż "Wlk. Brytania skorzysta w przyszłości z każdej okazji aby pozwać Austrię lub jej zaszkodzić w obszarach o dużym znaczeniu politycznym", chyba że kraj ten zaniecha składania skargi na decyzję KE. Jak widać groźba nie poskutkowała.

Choć uznanie austriackiej skargi wydaje się mało prawdopodobne (wszak skarżą się - przynajmniej na ile wiadomo z publicznie dostępnych na dziś informacji - na coś, co nie było przedmiotem skarżonej decyzji), to z pewnością może ona utrudnić realizację brytyjskiego programu odbudowy mocy zainstalowanej w elektrowniach jądrowych, a przynajmniej ją opóźnić. Można zresztą zgadywać, że to właśnie jest celem - opóźnienie, podniesienie kosztów, a w efekcie zgodnie z intencją austriackiego rządu - odstraszenie naśladowców (w tym Polski). Samych Brytyjczyków do energii jądrowej zniechęcić się raczej nie uda. Szesnaście brytyjskich bloków jądrowych dostarcza ok. 17-18% wytwarzanej w Wlk. Brytanii energii elektrycznej, a ich łączna moc to ponad 9300 MW. Przy tym piętnastu spośród eksploatowanych jednostek projektowy czas eksploatacji kończy się do roku 2023. Nawet po przedłużeniu ich eksploatacji poza tę granicę, co zapewne się stanie, oznacza to konieczność pilnego poszukiwania zastępstwa wśród istniejących dziś technologii - co w praktyce oznacza dziś albo nowe bloki jądrowe, albo elektrownie na paliwa kopalne (węglowe lub gazowe), które nie przystawałyby do polityki energetycznej Wlk. Brytanii (ani UE jako całości).
Trwa ładowanie komentarzy...