O autorze
Subiektywny blog o energii i energetyce jądrowej – dla nie-inżynierów, ale nie tylko.

Jestem inżynierem-energetykiem z całkiem jeszcze niewielkim przebiegiem. O energetyce uczyłem się na Wydziale Mechanicznym Energetyki i Lotnictwa Politechniki Warszawskiej, na którym dziś zresztą pracuję. Choć nie studiowałem specjalności związanej stricte z energetyką jądrową (nie było jeszcze takiej możliwości), od lat jestem na różne sposoby związany z tą branżą. Brałem udział w różnych szkoleniach specjalistycznych organizowanych przez instytucje krajowe i zagraniczne, z energetyką jądrową związana była także moja praca dyplomowa. Uczestniczyłem w realizacji zadań badawczych mających na celu ocenę możliwości uczestnictwa polskiego przemysłu w rozwoju energetyki jądrowej oraz ocenę przebiegu i skutków potencjalnych awarii elektrowni jądrowych. Od lat prowadzę działalność mającą na celu popularyzację wiedzy o energii jądrowej (rozpoczętą jeszcze w czasach studiów, gdy byłem członkiem a następnie prezesem Koła Naukowego Energetyków). Zajmuję się również kwestiami stabilizacji pracy systemu elektroenergetycznego. Poza uczelnią pracuję w międzynarodowej firmie energetycznej oferującej konwencjonalne maszyny energetyczne.

W roku 2012 przez trzy miesiące pracowałem w charakterze eksperta na rzecz kampanii informacyjnej "Poznaj atom. Porozmawiajmy o Polsce z energią", jednak współpracę tę definitywnie zakończyłem z dniem 31 grudnia tego roku.

Wszystkie opinie prezentowane na tym blogu mają charakter opinii prywatnych i w żaden sposób nie wyrażają oficjalnego stanowiska jakichkolwiek firm lub instytucji dla których pracuję lub pracowałem w przeszłości.

Ukraińska energia jądrowa dla Polski?

15 czerwca Rada Ministrów Ukrainy zatwierdziła pilotażowy projekt, który może dać polskiemu systemowi elektroenergetycznemu dostęp do energii z ukraińskiej elektrowni jądrowej.

W projekcie, który oficjalnie nazwano "Mostem energetycznym Ukraina-Unia Europejska" chodzi (na razie) o przesyłanie energii z drugiego bloku Elektrowni Jądrowej Chmielnicki do Polski. To jednak dużo łatwiej powiedzieć, niż zrealizować - dziś bowiem nie istnieją połączenia synchroniczne pomiędzy systemami elektroenergetycznymi Polski i Ukrainy, które na taką operację by pozwalały.



Sam pomysł nie jest nowy - jest wręcz powrotem do koncepcji, którą już realizowano w czasach PRL. W 1979 roku pięć krajów RPWG (ZSRR, Polska, Czechosłowacja, NRD i Węgry) podpisało porozumienie o budowie nowej linii energetycznej mającej umożliwić eksport energii elektrycznej ze Związku Radzieckiego do Polski, Czechosłowacji i Węgier (NRD miała korzystać z ogólnego efektu stabilizującego system, ale bez otrzymywania konkretnych dostaw energii). Linia o długości blisko 400 km miała pracować pod napięciem 750 kV i łączyć nową Elektrownię Jądrową Chmielnicki zlokalizowaną na terenie Ukraińskiej SRR z Rzeszowem. Linię przekazano do eksploatacji w 1985 roku i do 1991 faktycznie płynęła nią do Polski energia, choć planowane dostawy (6000 GWh rocznie) zrealizowano tylko w 1988 roku. W 1992 przesyłu zaprzestano, a zaraz potem stał się on technicznie niemożliwy, bowiem Polska (wraz z Czechosłowacją i Węgrami) odcięła się od sieci wschodnich sąsiadów, a w 1995 roku uzyskała połączenie synchroniczne z systemami zachodnioeuropejskimi.

Od tego czasu wschodnia granica Polski pozostaje granicą pomiędzy dwoma wielkimi obszarami synchronicznymi pracującymi w Europie: zachodnim rozciągającym się od Buga po Portugalię i od Danii po Grecję oraz wschodnim, obejmującym kraje byłego ZSRR, łącznie z państwami bałtyckimi. W każdym z tych obszarów sinusoidalny przebieg napięcia jest taki sam - to znaczy, że przebieg sinusoidy w polskich gniazdkach jest dokładnie taki sam jak w portugalskich, a w litewskich - taki jak na Kamczatce. W ramach obszaru synchronicznego można łatwo przesyłać energię z kraju do kraju (oczywiście w granicach przepustowości istniejących linii), kraje mogą także pomagać sobie nawzajem w sytuacjach awaryjnych (a do pewnego stopnia jest to nawet proces automatyczny, wymuszony fizyką procesu). Przesył energii pomiędzy różnymi obszarami synchronicznymi nie jest niemożliwy ale wymaga dodatkowej infrastruktury: konieczna jest bowiem zamiana prądu przemiennego na stały, a potem ponownie na przemienny, już według "wzorca sinusoidy" z systemu docelowego. Tak właśnie działa np. podmorskie połączenie Polski ze Szwecją - prąd przemienny na jednym końcu linii zamieniany jest na stały, następnie przesyłany jest kablem ułożonym na dnie Bałtyku i na drugim brzegu zamieniany jest ponownie na przemienny. Na tej samej zasadzie będzie działało połączenie z Litwą, choć tam obie zamiany odbywać się będą na terenie jednej stacji elektroenergetycznej.

Kłopot z Ukrainą polega jednak na tym, że z tym krajem takich połączeń nie mamy i w najbliższej przyszłości mieć nie planujemy. Problem da się jednak obejść - możliwe jest bowiem wydzielenie części systemu jednego kraju (np. wybranej elektrowni albo nawet wybranego bloku elektrowni oraz linii prowadzącej do granicy) tak, by pracował w synchronizacji z sąsiadem, a nie z własnym terytorium. Oczywiście w ten sposób nie tworzy się połączenie między systemami, ale eksport energii z jednego terytorium na drugie staje się możliwy. Tak od lat działa inne połączenie polsko-ukraińskie Dobrotwór-Zamość. I linią tą faktycznie importujemy do Polski energię z dwóch wydzielonych bloków Elektrowni Dobrotwór (opalanej węglem), maksymalna zdolność przesyłowa wynosi ok. 220 MW. Na tej samej zasadzie funkcjonuje tzw. Bursztyńska Wyspa Energetyczna w Obwodzie Iwanofrankiwskim obejmująca dwie elektrownie konwencjonalne oraz jedną wodną o łącznej mocy ponad 2200 MW i połączona z systemami Węgier, Słowacji i Rumunii. I to właśnie ta sama metoda ma zostać zastosowana do eksportu energii z EJ Chmielnicki. Po odcięciu od systemu energetycznego Ukrainy blok nr 2 tej elektrowni miałby wejść w skład poszerzonej Wyspy Bursztyńskiej, a wytworzona w nim energia popłynęłaby do Polski również dołączoną do Wyspy linią 750 kV do Rzeszowa. Linia ta bowiem wciąż istnieje, a nawet jest utrzymywana pod napięciem (z uwagi na dobrze rozwinięty rynek wtórny metali kolorowych). Oczywiście przedsięwzięcie to wymagać będzie modyfikacji istniejącej infrastruktury (np. w obrębie sieci potrzeb własnych samej elektrowni jądrowej), niemniej jest dużo prostsze i tańsze niż budowa pełnego połączenia międzysystemowego.

Dla strony ukraińskiej cel przedsięwzięcia jest jasny - chodzi o pieniądze. Ukraińcy liczą, że wykorzystanie posiadanych (i sporych) nadwyżek mocy i sprzedaż energii na terenie Unii Europejskiej przyniesie im zwiększony zysk, a ten jest potrzebny na ukończenie budowy kolejnych bloków jądrowej w EJ Chmielnicki. Budowę tej elektrowni zaczęto na początku lat 80. ubiegłego wieku. Miała ona się składać z czterech bloków z reaktorami wodnymi ciśnieniowymi WWER-1000 o mocy netto po 950 MW każdy, jednak do rozpadu Związku Radzieckiego ukończono tylko pierwszy z nich. Drugą jednostkę - tę, która miałaby pracować "na rzecz" Unii Europejskiej - udało się Ukrainie uruchomić dopiero latem 2004 roku, przy tym inwestycja została wsparta przez kraje trzecie (w zamian za wyłączenie przez Ukrainę elektrowni w Czarnobylu). Budowa dwóch ostatnich bloków została wstrzymana w 1990 roku; w 2011 właściciel elektrowni Enerhoatom podpisał z rosyjskim Atomstrojeksportem umowę na dokończenie tych jednostek, przy wykorzystaniu kredytu z Rosji, ale można się spodziewać, że realizacja tej umowy będzie trudna w świetle obecnego stanu stosunków rosyjsko-ukraińskich - to po to Enerhoatomowi potrzebny jest 'europejski kontrakt".
- Wydzielenie drugiego bloku ChEJ do pracy z europejskim systemem energetycznym pozwoli na zawarcie kontraktu na sprzedaż energii elektrycznej na podstawie przejrzystej i zrozumiałem formuły kształtowania cen. To z kolei da możliwość pozyskania środków kredytowych w ilości niezbędnej dla dokończenia [bloków] Ch3/Ch4 - wyjaśnia Jurij Niedaszkowski, prezes Enerhoatomu cytowany w komunikacie prasowym spółki.

Po polskiej stronie partnerem Ukraińców miałaby być spółka Polenergia, która już rok temu podpisała stosowny list intencyjny z Enerhoatomem. Kupowałaby ona energię od Ukraińców, a sprzedawała w Polsce a także innych krajach Europy. Do tego jednak konieczne będzie przywrócenie do pracy linii energetycznej, która jest własnością państwowych operatorów systemów przesyłowych - Ukrenergo (odcinek ukraiński) oraz PSE (polski). Ukrenergo jest oficjalnie partnerem projektu "Mostu energetycznego" po stronie ukraińskiej, natomiast pewną niewiadomą jest stanowisko PSE. W końcu roku 2014 "Rzeczpospolita" cytowała wypowiedź rzecznik spółki Beaty Jarosz: - Operator przymierza się do przywrócenia życia tej linii o napięciu 750 kV. Trwają prace nad studium wykonalności łącznika, który ma być elementem projektu integracji energetycznej Ukrainy i Mołdawii z UE. Powinny się zakończyć przed upływem 2015 r.
Inne media, np. Onet, sugerowały wówczas, że zależny od państwa operator nie musi być wcale zainteresowany szybką realizacją ukraińskich planów - tania energia z Ukrainy mogłaby bowiem stanowić konkurencję dla krajowych koncernów energetycznych, choć trudno powiedzieć jak takie spekulacje mają się do rzeczywistości.

Po stronie ukraińskiej panuje jednak optymizm (przynajmniej w obiegu oficjalnym). Prezes Niedaszkowski uważa projekt "Mostu" za "jeden z priorytetowych kierunków działania firmy, który nie tylko pozwoli na dokończenie [Chmielnickiej EJ], ale także otworzy nowe perspektywy dla ukraińskiej elektroenergetyki na ukraińskim rynku energii". Żadnych konkretnych dat jeszcze jednak nie podano, mowa jest tylko o kontynuowaniu studium wykonalności projektu w "ścisłej współpracy" z Polenergią. Zauważalny jest w oficjalnym komunikacie Enerhoatomu brak jakiejkolwiek wzmianki o współpracy z polską stroną na szczeblu rządu lub z PSE (jest natomiast mowa o tym, iż zainteresowanie finansowaniem przedsięwzięcia wyraził brytyjski bank Barclays). Ukraińcy uważają jednak, że projekt będzie korzystny i dla naszego kraju - Obecny moment jest bardzo korzystny dla realizacji projektu, ponieważ w najbliższym czasie Polsce będą bardzo potrzebne dodatkowe ilości energii - tłumaczy Niedaszkowski, odnosząc się z pewnością do prognozowanych przez niektórych ekspertów możliwości zaistnienia niedoborów mocy w Polsce wskutek wyłączenia najstarszego pokolenia elektrowni węglowych. Czy polskie władze z tym stanowiskiem się zgodzą, dowiemy się dopiero w przyszłości
Trwa ładowanie komentarzy...