Węglowe obiecanki czyli premier w opozycji do polityki własnego rządu

W miarę zbliżania się wyborów coraz częściej tematem kampanii staje się polityka energetyczna. I być może byłby to powód do zadowolenia, w końcu mało jest obszarów tak kluczowych dla rozwoju państwa jak bezpieczeństwo energetyczne, gdyby nie sposób w jaki się to dzieje.

Odnieść można bowiem wrażenie, że nierzadko energetyka jest przywoływana w tych debatach instrumentalnie, szczególnie w kontekście "uspokajania nastrojów społecznych" w związku z trudną sytuacją polskiego górnictwa węgla kamiennego. Nie jest to reguła, jednak właśnie chyba w tym kontekście trzeba ocenić wczorajszą wypowiedź premier Ewy Kopacz - wypowiedź co najmniej zaskakującą.

Według relacji przedstawionej przez TVN24, podczas konferencji prasowej przed łódzkim Centrum Zdrowia Matki Polki, "proponując prezesowi Kaczyńskiemu, by lepiej przygotowywał się do występów" powiedziała:
- O ile mnie pamięć nie myli, to nikt inny jak pan prezes Kaczyński w swoim expose mówił, (że) trzeba już myśleć o tym, by budować elektrownie atomowe, zapominając, że mamy taki wielki skarb jak węgiel, na którym opiera się nasze bezpieczeństwo energetyczne.

Trudno mi ocenić, czy pamięć panią premier myli czy nie, bo nie do końca wiem, co dziś w polskiej polityce określa się mianem "exposé" prezesa Kaczyńskiego (wszak słownik języka polskiego twierdzi, że "exposé"to "wypowiedź programowa premiera lub innego członka rządu", a nikim takim Jarosław Kaczyński od prawie ośmiu lat nie jest). Natomiast jest faktem, że PiS ostatnio - ustami Piotra Naimskiego - faktycznie za budową elektrowni jądrowych się opowiadał. Konkretnie mowa była o łącznej mocy 6 tysięcy megawatów. Tyle tylko, że to oznacza ni mniej ni więcej, tylko realizację obecnie obowiązującej polityki energetycznej. Takie właśnie cele stawia sobie obowiązująca obecnie "Polityka energetyczna Polski do 2030 roku" a także przyjęty w styczniu 2014 r. przez rząd Donalda Tuska "Program polskiej energetyki jądrowej". Jakby tego było mało, realizacja elektrowni jądrowych o łącznej mocy właśnie 6 tysięcy megawatów jest podstawowym elementem wszystkich trzech scenariuszy przygotowywanej obecnie przez resort gospodarki "Polityki energetycznej Polski do 2050 roku". Tym samym zatem, jeśli prezes Kaczyński chce "myśleć o tym, by budować elektrownie atomowe", to jego myślenie pozostaje w pełnej zgodzie z formułowaną od lat oficjalną polityką polskich władz. Co więcej, jak jednoznacznie wynika z wszystkich wspomnianych dokumentów programowych, rozwój energetyki jądrowej nie jest planowany "zamiast węgla".

Z tej sytuacji można wyciągnąć wniosek, że albo premier Kopacz nie zna polityki energetycznej własnego rządu (trudno to ocenić, bo wypowiada się na ten temat raczej rzadko) albo też świadomie ją ignoruje dla osiągnięcia doraźnego efektu w retoryce kampanijnej. Szkoda, tym bardziej że właśnie po ostatnich deklaracjach Prawa i Sprawiedliwości zdawało się, że temat atomowy ma szansę uniknąć wciągnięcia w tak płytko pojętą kampanię wyborczą.

Nie od dziś wiadomo oczywiście, że kwestia sytuacji w polskim górnictwie utrudnia racjonalną debatę o polskiej polityce energetycznej. Nie chcę przez to powiedzieć, że polska energetyka powinna szybko od węgla odchodzić - to także byłoby nieracjonalne. Niemniej odrzucanie projektu atomowego, nawet na poziomie pustej retoryki przedwyborczej, tylko dlatego, że mógłby stanąć w konflikcie z interesami górnictwa rozpatrywanego w oderwaniu od reszty gospodarki jest co najmniej krótkowzroczne. Szczególnie, że jak wskazują niektóre analizy, atom będzie prędzej wypierał z miksu energetycznego węgiel brunatny niż kamienny, a konflikt z węglem kamiennym jest kreowany sztucznie.

W świetle niedawno opublikowanego projektu dyrektywy o podziale uprawnień do emisji CO2 wydaje się nawet, że energetyka jądrowa mogłaby naszemu węglowi kamiennemu pomóc. Okazuje się bowiem, że wbrew nadziejom polskich władz i energetyki, mechanizm przydziału darmowych uprawnień do emisji, które Polska uzyskała w ramach pakietu klimatycznego, będzie się różnił od stosowanego do tej pory. Darmowe uprawnienia będą zatem przyznawane tym operatorom, którzy podejmą najlepiej oceniane (przy tym: nie lokalnie) inwestycje modernizacyjne, ukierunkowane na obniżenie emisji i poprawę efektywności energetycznej (do tej pory rozdzielano je po prostu pomiędzy emitentów). Nowe zasady (więcej na ten temat można przeczytać tutaj) mogłyby zatem sprawić, że budowa elektrowni jądrowych obniżyłaby koszty eksploatacji węglowych (choć oczywiście to będzie zależało od ostatecznych zapisów dyrektywy). Ale żeby dojść do takich wniosków, konieczne jest zajęcie się polityką energetyczną na poziomie nieco bardziej profesjonalnym niż przerzucanie się oskarżeniami w ramach kampanii wyborczej.
Trwa ładowanie komentarzy...