Radioaktywna panika - jak się nie dać?

W ostatnich dniach przez Polskę przetoczyła się fala zupełnie nieuzasadnionych wiadomości o rzekomej awarii w elektrowni jądrowej w Belgii i "chmurze radioaktywnej" nad Polską. Mimo szybkiego dementi ze strony Państwowej Agencji Atomistyki, wiadomość cały czas jest rozpowszechniana przeróżnymi kanałami i powoduje wzmożone zainteresowanie preparatami jodu w aptekach. Wszystko to bez jakiegokolwiek uzasadnienia.


Przyczyną tego wydarzenia była niemająca szczególnego uzasadnienia merytorycznego (dlaczego - o tym niżej) decyzja władz miejskich Akwizgranu o wydaniu chętnym mieszkańcom miasta i okolic tabletek jodku potasu na wypadek "możliwej" awarii odległej o przeszło 60 km belgijskej Elektrowni Jądrowej Tihange. Decyzja podjęta przy tym w oderwaniu od jakiejkolwiek polityki krajowej czy regionalnej. Więcej pisał o tym portal BBC tutaj (przepraszam za linkowanie tylko tekstu anglojęzycznego, ale niestety po polsku rzetelnie [edit]i wyczerpująco[/edit] o tym nie napisał chyba nikt).

Nie była to pierwsza taka sytuacja. W ostatnich latach kilkukrotnie wybuchała w Polsce medialna (i społeczna) panika z uwagi na rzekome zdarzenia w instalacjach jądrowych, np. po tym jak premier Jaceniuk wspomniał o awarii w Zaporoskiej Elektrowni Jądrowej na konferencji prasowej (gdzie uszkodzeniu uległ transformator w układzie pomiarowym, daleko od reaktora - pisałem o tym tutaj) albo po wykryciu absolutnie śladowych ilości promieniotwórczego jodu w atmosferze (więcej tutaj). W obu przypadkach zresztą media nakręciły tę panikę długo po czasie i bez jakiegokolwiek uzasadnienia. I w obu przypadkach całkiem skutecznie.

W większości przypadków sprawa jest w sposób oczywisty "dęta" od samego początku, aczkolwiek żeby się w tym zorientować trzeba niestety dysponować odrobiną wiedzy specjalistycznej. A jak przed nieuzasadnioną paniką może bronić się laik?

Po pierwsze: podchodzić krytycznie.
Na podstawie obserwacji zagadnienia od przeszło dekady jestem niestety zmuszony stwierdzić, że nie ma w Polsce internetowego serwisu informacyjnego, który byłby "z definicji" wiarygodny w kwestii informacji o atomistyce w ogóle, a o zagrożeniach radiacyjnych w szczególności. Żadnego. Ani tabloidy, ani "mainstream", ani opozycyjne, ani prorządowe, zależne i niezależne, pokorne i niepokorne - wszystkie piszą bzdury. Z zasady zatem warto wszystko, co jest tam napisane, a nie jest bezpośrednim cytatem z komunikatów PAA, względnie z rozmów z rzecznikiem PAA czy Centralnego Laboratorium Ochrony Radiologicznej - traktować jako potencjalnie niewiarygodne. Nawet, jeśli autor artykułu powołuje się na Polską Agencję Prasową, która także ma bogate doświadczenie w dezinformacji w tematach atomistycznych (pewnego razu pisząc o wynikach badań dotyczących potencjalnych skutków pożarów w rejonie Czarnobyla, PAP poinformowała, że potencjalnie są one groźne dla Polski tylko dlatego, że autor depeszy PAP pomylił się w przeliczaniu jednostek, zawyżając ryzyko sto tysięcy (sic!) razy). Nie zapewnia wiarygodności także powołanie się na agencję zagraniczną, gdyż tu często na przeszkodzie rzetelności staje słaba znajomość choćby odrobinę bardziej skomplikowanego słownictwa w języku obcym.

Jedynym ogólnodostępnym i darmowym portalem informacyjnym, który jestem skłonny polecić jako źródło informacji w tej dziedzinie w Europie jest brytyjski portal BBC (z racji braku znajomości języków nie jestem w stanie ocenić źródeł niemiecko- czy francuskojęzycznych).

Po drugie: weryfikować.
Każdą informację o rzekomym zagrożeniu radiacyjnym warto (a przed podaniem jej dalej - zwyczajnie trzeba, każdy odpowiedzialny czlowiek jest to winien własnym znajomym, zanim wzbudzi u nich nieuzasadnioną panikę) zweryfikować. Można to zrobić na kilka sposobów. Najbardziej wiarygodnym polskojęzycznym źródłem informacji o zagrożeniach radiacyjnych (a także źródłem dementi w kwestii "zagrożeń" nieistniejących) jest serwis internetowy Państwowej Agencji Atomistyki. Nie ma w Polsce bardziej kompetentnej instytucji w dziedzinie zagrożeń radiacyjnych. PAA w każdej sytuacji potencjalnego zagrożenia wyda stosowny komunikat, który będzie widoczny na stronie głównej. Komunikaty pojawiają się także w sytuacjach, w których dochodzi do nieuzasadnionego wybuchu paniki.

Oczywiście szczególnie w tej drugiej styuacji komunikat może pojawić się z opóźnieniem - specjaliści PAA nie są w stanie z góry przewidzieć nieuzasadnionych działań mediów "informacyjnych", a po każdym ich wyskoku muszą informacje zweryfikować. Niemniej brak komunikatu PAA już sam w sobie jest zjawiskiem pozytywnym. A jeśli komuś to nie wystarcza, można sprawdzić na mapie bieżącego rozkładu dawki promieniowania dostępnej tutaj. Niestety opis mapy jest dla laika mało czytelny, ale zawsze pod nią znajduje się prosty i zrozumiały komentarz. Który - póki co bez zmian - głosi "Brak jakichkolwiek zagrożeń radiologicznych na terenie Polski". Podobna mapa obszaru Unii Europejskiej dostępna jest na stronach Komisji Europejskiej tutaj.

Dodatkowym niezłym źródłem informacji bywają facebookowe profile oraz strony internetowe instytucji związanych z atomistyką (w Polsce będzie to Narodowe Centrum Badań Jądrowych).

Po trzecie: nie działać pochopnie.
No dobrze, ale przecież weryfikacja trwa, a co jeśli siedząc w internecie przegapimy właściwy moment reakcji?

Otóż jest to w praktyce niemożliwe. Jest tak dlatego, że wszystkie potencjalne zagrożenia radiacyjne wynikają w określony sposób z praw fizyki, a prawa te powodują, że nic tu nie stanie się "nagle". Nic poważnego nie stanie się też w sposób niezauważony. I wreszcie - mało co może mieć zasięg większy niż kilka-kilkanaście kilometrów.

Weźmy najgorszy możliwy obecnie przypadek - katastrofę a'la Fukuszima (Czarnobyla nie rozpatruję, gdyż takie zdarzenie jest fizycznie niemożliwe do zaistnienia w jakimkolwiek pracującym obecnie reaktorze - w większości nigdy nie było, a w tych kilkunastu podobnych, które istnieją nadal zostało uniemożliwione). W Fukuszimie nastąpił absolutnie fatalny splot okoliczności - najpierw tsunami wywołało całkowity zanik zasilania systemów awaryjnych (na skutek nieprzewidzenia możliwości zaistnienia tsunami tak wielkiej skali), a następnie działania awaryjne koordynowane z zewnątrz były znacząco utrudnione z uwagi na skutki tegoż tsunami na obszarze Japonii (warto pamiętać, że bezpośrednio po tsunami to nie elektrownia w Fukuszimie była największym problemem Japonii - wszak samo trzęsienie ziemi i fala zabiły kilkanaście tysięcy ludzi). Mimo to jakiekolwiek zagrożenie poza terenem elektrowni wystąpiło dopiero po tym, jak doszło do ekplozji w pierwszym bloku elektrowni, co nastąpiło ponad dobę od wystąpienia przyczyny katastrofy. Przy tym przyczyny takiej, której nie dało się "nie zauważyć" czy "ukryć przed opinią publiczną". A istotne zagrożenia radiologiczne ograniczyly się do rejonu położonego nie dalej niż 30 km od elektrowni.

To nie był przypadek. Wynika on z fizycznych źródeł ewentualnych zagrożeń. Zagrożeniem nie jest bowiem emisja promieniowania z samej elektrowni. Zagrożeniem jest ewentualne uwolnienie z niej dużych ilości substancji promieniotwórczych, a więc źródeł które same emitują promieniowanie gdziekolwiek się znajdą. Takie uwolnienie w elektrowni jądrowej może nastąpić wyłącznie w wyniku uszkodzenia paliwa. A to jest proces, który nawet w najbardziej niesprzyjających okolicznościach musi potrwać. W aktualnie pracujących reaktorach nie jest możliwe takie zdarzenie, jak w Czarnobylu - że reaktor zostanie wprowadzony w stan niestabilny, w którym moc będzie samoczynnie rosła, aż wszystko rozleci się w drzazgi powodując natychmiastowe rozsianie po otoczeniu dużych ilości promieniotwórczych substancji. Przeciwnie, pracujące obecnie reaktory w przypadku zaburzenia chlodzenia same moc zmniejszą, aż się wyłączą - gwarantuje to ich konstrukcja w połączeniu z prawami fizyki. Olbrzymia większość reaktorów nie może się też nijak zapalić, bo wypełniona jest wodą. Tak więc jedyną fizycznie możliwą metodą uwolnienia promieniotwórczych substancji jest zniszczenie paliwa. "Najłatwiej" może się to stać tak, jak w Fukuszimie właśnie - poprzez jego przegrzanie. Paliwo jądrowe, nawet po wyłączeniu reaktora, trzeba bowiem chłodzić (grzeje się wskutek zachodzących w nim procesów fizycznych). Do tego chłodzenia sluży bardzo wiele przeróżnych systemów, w tym takich niewymagających zasilania. Ale załóżmy hipotetycznie, że - tak jak w Fukuszimie - wszystkie zawiodły. Co samo w sobie nie jest możliwe bez jakiegoś potężnego kataklizmu. Nawet wtedy stopienie paliwa potrwa kilka godzin. A i to jeszcze nie wystarcza, bo to, co wydostanie się z paliwa, musiałoby się jeszcze wydostać z budynku reaktora. Teoretycznie - jak w Fukuszimie - może do tego doprowadzić akumulacja wodoru uwolnionego w reakcjach paliwa z wodą. Ale ponownie - to jest proces, który trwa godzinami. I w najgorszym możliwym wypadku kończy się efektowną i z pewnością dobrze widoczną eksplozją.

I nawet wtedy, w tym najgorszym możliwym przypadku, "natychmiastowe" (tj. następujące kilkanaście-kilkadziesiąt godzin po oryginalnym zdarzeniu awaryjnym) zagrożenie jest ograniczone do bezpośrednich okolic elektrowni. Bo przecież promieniotwórcze substancje się nie teleportują nagle na drugi koniec Europy. W przypadku katastrofy czarnobylskiej jakkolwiek podwyższone poziomy promieniowania w Polsce - odległej o 450 km - wykryto po około dwóch dobach, a najwyższe stężenie promieniotwórczego jodu w Warszawie odnotowano po ponad czterech dobach.

Co więcej - stanowiący główne potencjalne narażenie promieniotwórczy jod ma dość krótki czas półrozpadu, wynoszący 8 dni. No i rzecz jasna chmura skażenia w sposób naturalny się rozcieńcza rozprzestrzeniając się. W rezultacie zaistnienie jakichkolwiek zagrożeń radiologicznych w odległości większej niż jakieś 30 km od elektrowni jest skrajnie nieprawdopodobne. A zaistnienie ich nagle - niemożliwe. Dlatego pochopne reakcje bez poświęcenia 5 minut na sprawdzenie wiarygodności informacji są nieuzasadnione.

Po czwarte: nie pić płynu Lugola!
Promieniowanie i katastrofy jądrowe w Polsce kojarzą sie jednoznacznie z płynem Lugola. O co w ogóle chodzi? Otóż w odległości większej niż parę-paręnaście kilometrów od źródła katastrofy jądrowej, najważniejszym potencjalnym zagrożeniem radiacyjnym jest radioaktywny izotop jodu-131. Roznoszą się oczywiście i inne "świństwa", aczkolwiek stężenia wszystkich tych radioaktywnych substancji są na tyle niewielkie, że uzyskana od nich dawka promieniowania jest dla ludzi kompletnie nieistotna. Z zewnątrz. Kłopot w tym, że jod to taki pierwiastek, który organizm ludzki - a konkretniej tarczyca - wchłania, co daje mu większe "pole do popisu". Wchłonięcie dużych ilości promieniotwórczego izotopu może, szczególnie u dzieci, prowadzić do wzrostu prawdopodobieństwa zapadnięcia na nowotwór tarczycy. Aby temu zapobiegać u osób narażonych na kontakt z I-131 "blokuje się" możliwość wchłaniania jodu w ogóle - "zapychając" tarczycę jodem nieradioaktywnym.

Do tego służą normalnie tabletki jodku potasu. Warto wiedzieć, że tzw. płyn Lugola (czyli wodny roztwór czystego jodu w jodku potasu) nie jest normalnym środkiem ochrony radiologicznej i zasadniczo w ogóle nie sluży do stosowania doustnego. Płyn Lugola faktycznie zastosowano jednak w Polsce w końcu kwietnia 1986 roku w ramach profilaktyki jodowej po katastrofie czarnobylskiej. Zrobiono tak, gdyż wystarczającej ilości tabletek zwyczajnie nie było, a płyn Lugola ma tę zaletę, że można go łatwo i szybko zrobić.

Przy tym w kontekście Czarnobyla warto wiedzieć, że mimo bezprecedensowej (i niepowtarzalnej już) skali tej katastrofy oraz relatywnie niewielkiego oddalenia jej od granic Polski, przeprowadzenie tych działań miało dwie dodatkowe przyczyny. Pierwszą było podjęte przez polskich specjalistów z Centralnego Laboratorium Ochrony Radiologicznej założenie, że skażenie jodem może się utrzymać przez dłuższy okres (strona radziecka informacji udzielała raczej niechętnie, więc przyjęto scenariusz pesymistyczny). Tak się ostatecznie nie stało. Po drugie ludność Polski w latach 80. cierpiała na ogólne niedobory jodu w organizmach, co potencjalnie zwiększało narażenie. Ten problem jest już dawno wyeliminowany (przez jodowanie spożywanej przez nas soli kuchennej).

Warto też pamiętać, że przyjmowanie preparatów jodu bez konsultacji z lekarzem i bez wyraźnego powodu - "na wszelki wypadek" - nie jest obojętne dla zdrowia, tak więc robić tego nie należy (jak ostrzega Ministerstwo Zdrowia).

Co zatem robić, gdy ktoś straszy chmurą radioaktywną nad Polska? Przede wszystkim należy zachować spokój, wziąć głęboki wdech, posprawdzać informacje samodzielnie i nie szerzyć dalej nieuzasadnionej paniki. Czasu na to nie zabraknie.
Trwa ładowanie komentarzy...