Wlk. Brytania - taryfy gwarantowane dla elektrowni jądrowych. Porażka wolnego rynku?

W Wielkiej Brytanii rząd osiągnął porozumienie z inwestorami chętnymi do budowy nowych elektrowni jądrowych. W wyniku negocjacji ustalono stawkę minimalną jaką inwestor otrzyma za wyprodukowaną energię. Umowa ta stanowi ważny krok nie tylko w historii europejskiego przemysłu jądrowego, ale także w historii unijnego rynku energii, jest bowiem w dużej mierze zaprzeczeniem jego fundamentalnych zasad.

Jak informuje dziś serwis BBC News, rząd osiągnął oczekiwane od kilku miesięcy porozumienie z konsorcjum firm energetycznych zainteresowanych budową elektrowni jądrowej Hinkley Point C. Na czele tego konsorcjum stoi, zgodnie z oczekiwaniami, EDF Energy, spółka-córka francuskiego koncernu Électricité de France będącego największym wytwórcą energii elektrycznej na świecie. Udział EDF jest tutaj jak najbardziej naturalny – firma od dawna wyrażała zainteresowanie budową nowych bloków jądrowych w Wlk. Brytanii. Jednostki te mają wykorzystywać francuską technologię reaktora wodnego ciśnieniowego EPR dostarczaną przez również francuski koncern Areva. Jest to zresztą jedyna na dziś technologia energetycznego reaktora jądrowego dopuszczona do zastosowania w Wlk. Brytanii – inne rozwiązania dopiero przechodzą przez odpowiedni proces certyfikacji.


To co bardziej zaskakujące, to udział w konsorcjum również inwestorów chińskich: mniejszościowymi udziałowcami mają zostać China National Nuclear Corporation oraz China General Nuclear Power Corporation. Jeśli chodzi o szczegóły samej umowy, to przewiduje ona, że wytwórca otrzyma minimalną cenę 92,50 GBP za każdą wyprodukowaną megawatogodzinę energii elektrycznej. Miałaby ona ulec obniżeniu do 89.50 GBP, jeśli Grupa EDF wybuduje także drugą elektrownię jądrową w Sizewell. Wartości te to niemal dwa razy więcej, niż dzisiejsza średnia cena energii elektrycznej na brytyjskim rynku hurtowym (i ok. 3 razy więcej niż dziś na polskim, na którym ceny ostatnio zresztą drastycznie spadły). W sposób nieunikniony doprowadziło to do rozbieżności w ocenach osiągniętego kompromisu, który nota bene nie jest jeszcze wiążący - EDF podejmie ostateczną decyzję inwestycyjną dopiero w 2014 roku, a od strony formalnej musi go zatwierdzić także Komisja Europejska.

Wydaje się oczywiste, że umowa jest sukcesem dla inwestora, który od dawna zabiegał o uzyskanie konkretnych gwarancji finansowych. Trudniej o zgodną ocenę ugody od strony brytyjskiej. Naturalnie rząd uważa ją za sukces. Wg szefa brytyjskiego resortu energetyki Edwarda Daveya koszty są "konkurencyjne" w stosunku do innych możliwych projektów dostarczających czystej energii na dużą skalę. Jednocześnie minister podkreśla, że nowa elektrownia będzie pierwszą w historii brytyjską elektrownią jądrową, do której budowy bezpośrednio nie dorzuci się brytyjski podatnik.

Inaczej interpretuje umowę cytowany przez BBC News dr Paul Dorfman z Energy Institute, University College London, w którego opinii nowa umowa zakłada nic innego niż subsydiowanie energetyki jądrowej z kieszeni podatnika co, jak podkreśla Dorfman, jest sprzeczne z zapowiedziami koalicji rządzącej.

W opinii polskiego specjalisty od rynku energii, dr. hab. Konrada Świrskiego z Instytutu Techniki Cieplnej Politechniki Warszawskiej cena, choć wysoka, jest po prostu realnym (w warunkach brytyjskich) kosztem długoterminowego bezpieczeństwa energetycznego, którego - jak się dziś wydaje - nie są w stanie zapewnić ani dotowane hojnie odnawialne źródła energii, ani inwestycje powstające na zupełnie wolnym rynku.

Niezależnie od oceny "kto wygrał" na samej umowie, można jednak stwierdzić, że nie tylko jej warunki, ale sam fakt prowadzenia podobnych negocjacji jest znaczącym symbolem poważnej porażki na poziomie politycznym. Porażki koncepcji wolnego rynku energii w Unii Europejskiej. Koncepcja ta, jak na skalę energetyki, jest relatywnie nowa. W swoim czasie ta branża przemysłu była dość ściśle kontrolowana przez państwo, nie tylko w krajach po niewłaściwej stronie Żelaznej Kurtyny. Na fali fascynacji wolnym rynkiem postanowiono jednak, dość zgodnie w krajach demokratycznych, wprowadzić go i do tej strategicznej dziedziny. Założenia były rzecz jasna szczytne - chodziło o ograniczenie kosztów dla odbiorcy końcowego. Nie jest tajemnicą (i nie podlega chyba dyskusji) fakt, że spółki państwowe, które nie muszą z nikim konkurować nie są wzorami efektywności w zarządzaniu. Zmuszenie producentów energii, niechby i państwowych, do konkurowania o klienta miało zatem położyć kres niegospodarności i obniżyć koszty. I oczywiście w dużej mierze tak się stało, zarządzanie energetyką przestało przypominać zarządzanie urzędami państwowymi, a zaczęło wyglądać jak zarządzanie typową wolnorynkową spółką. Tyle tylko, że nie wszystkie elementy tej transformacji okazały się korzystne.

Sama koncepcja wolnego rynku w energetyce, a przynajmniej wolnego rynku we współczesnym wydaniu, ma bowiem kilka fundamentalnych wad. Jedną z nich jest zysk. Energetyka państwowa swoimi przychodami musiała zasadniczo pokryć własne, nieopytmalne rzecz jasna koszty, przy tym miała taryfy regulowane ściśle przez państwo, które na ogół sprzeciwiało się nadmiernemu wzrostowi mogącemu zaszkodzić wizerunkowi rządu. Energetyka działająca na zasadach rynkowych musi nie tylko pokryć koszty (które może i są niższe), ale także wypracowuje zysk. Już samo to może zniweczyć pozytywne skutki wprowadzenia konkurencyjności. Ale to nie jest wcale największy ani najpoważniejszy problem, zresztą różnice tu byłyby zapewne trudne do zmierzenia. Dużo poważniejszym zagadnieniem są inwestycje.

Jest truizmem stwierdzenie, że dla sprawnego funkcjonowania energetyki i zapewnienia bezpieczeństwa energetycznego państwa, konieczne jest dokonywanie regularnych inwestycji. I dokonywanie ich w porę. Czyli nieodwlekanie inwestycji do momentu, w którym energii zacznie brakować. Jednak ta oczywista zasada stoi w sprzeczności z dążeniami inwestorów rynkowych do inwestowania środków w sposób jak najbardziej dla nich efektywny, a więc unikania inwestowania "na zapas". Jakby tego było mało, problemem jest także horyzont czasowy inwestycji. Duża elektrownia gazowa projektowana jest na co najmniej 30 lat. Węglowa co najmniej 40. Współczesna jądrowa – 60. Ale oczywiście żaden rynkowy inwestor nie zaakceptuje czasu zwrotu zainwestowanego kapitału na poziomie 30 lat, nie mówiąc już o 60. Nawet gdyby trafiła się spółka (a ściślej: zarząd spółki) chętny do podejmowania takiego ryzyka, to trudno przypuszczać, by znalazł się bank skłonny to finansować. W praktyce inwestycja musi się spłacić (i przynieść zysk!) znacznie szybciej, najdalej po upływie lat kilkunastu, a to z kolei przekłada się znowu na wyższe ceny energii. To znaczy - w jednej z "wersji" praktyki. Bo druga wersja mówi, że inwestycji po prostu nie będzie. A przynajmniej nie będzie w porę.

Inwestycja w energetyce charakteryzuje się bowiem nie tylko długim czasem życia, ale także długim czasem realizacji. W dużej energetyce zawodowej najłatwiej z elektrowniami gazowymi. Taką można zbudować już w jakieś dwa lata. Ale przed budową trzeba zaprojektować, pozyskać pozwolenia, zorganizować finansowanie, co także trwa na ogół parę lat. Z tego powodu w sytuacji, w której na jakiś czas zahamowany zostanie wzrost zużycia energii (albo nawet nastąpi przejściowy spadek), może okazać się, że inwestycje nie nadejdą z odpowiednim wyprzedzeniem. Rzecz jasna w końcu zadziała najbardziej fundamentalny mechanizm rynkowy: niedobory, wzrost cen i zachęta do zwiększenia zdolności produkcyjnych. Tylko że na skutki tej zachęty przyjdzie poczekać kilka lat, a energia elektryczna jest tak specyficznym produktem, którego nie można łatwo zastąpić czym innym. Niedobory energii mogą natomiast okazać się zabójcze dla gospodarki.

Tyle problemów z rynkiem wolnym. Niemniej one same nie musiałyby okazać się zabójcze. Na wolnym i transparentnym rynku o stabilnych podstawach prawnych sytuacje takie jak niedobory energii można z jakąś dokładnością przewidzieć i zaplanować inwestycje z wyprzedzeniem tak, by uzyskać nowe moce dokładnie wtedy gdy będą potrzebne. Problem polega jednak na tym, że ten nasz europejski rynek to taki do końca wolny nie jest. Przede wszystkim część energetyki i to część coraz większa, spod praw wolnego rynku jest wyjęta. To promowana na poziomie całej Unii, jak również państw członkowskich energetyka odnawialna, zwana zieloną. Jest ona traktowana wyjątkowo, w szczególności poprzez nadanie jej priorytetu w postaci gwarancji sprzedaży / obowiązku zakupu (i to za specjalną, wysoką stawkę). Abstrahując od tego czy systemy wsparcia dla tej branży są słuszne i sprawiedliwe, w sposób oczywisty zakłóca to swobodę gry rynkowej. Jest to istotne szczególnie w czasach kryzysu, gdy zużycie energii przestaje rosnąć, a w niektórych krajach nawet maleje. Okazuje się zatem, że energetyka konwencjonalna jest "wygryzana" z rynku przez energię odnawialną w tempie, którego nikt nie przewidział. Ze skutkiem być może pozytywnym dla środowiska, ale bardzo negatywnym dla gotowości spółek do zainwestowania środków w energetykę klasyczną. Problemy w tym obszarze wcale nie są teorią: w Hiszpanii czy Niemczech zdarzyły się w ciągu ostatniej dekady inwestycje w energetykę gazową (bardzo zresztą nowoczesną i niskoemisyjną), które przynoszą spore straty dlatego, że zostały wypchnięte z rynku przez źródła odnawialne oraz... najstarsze, dawno zamortyzowane źródła węglowe czy jądrowe o najniższych kosztach pracy. Nowe elektrownie gazowe są relatywnie drogie w eksploatacji, tak więc z węglowymi konkurować w stanie nie są, a odnawialne, choć droższe – mają gwarancję. Tak więc nowe instalacje stoją bezczynnie, a właściciele liczą straty.

No i wreszcie kwestia emisji. Unia Europejska przyjęła na swoim terenie tzw. System Handlu Uprawnieniami do Emisji Gazów Cieplarnianych. Teoretycznie oparty także o pewne mechanizmy rynkowe. Problem w tym, że w warunkach spadku zużycia energii i ogólnego kryzysu gospodarczego system ten nie spełnił oczekiwań politycznych. Emisje są "za tanie". Organy unijne postanowiły go zatem "doregulować". Poprawić wolny rynek tak, żeby było odpowiednio drogo. Oczywiście przewidzieć tego rodzaju zdarzeń nie sposób, co zmniejsza i tak już ograniczone zaufanie inwestorów do stabilności unijnego rynku. I jeszcze bardziej zniechęca do inwestycji długoterminowych.

Efekty są już widoczne gołym okiem, choć póki co głównie dla osób zainteresowanych branżą. Po pierwsze w wielkoskalową energetykę zawodową nadal inwestują głównie (jeśli nie wyłącznie) wielkie spółki państwowe, które nie zajmują się niczym innym. Rynek energii nie przyciąga spółek nastawionych na zysk. Inaczej ma się sprawa z drobną energetyką rozproszoną, szczególnie odnawialną, niemniej nieubłagany stan techniki mówi, że przez wiele lat potrzebować będziemy dużych elektrowni konwencjonalnych lub jądrowych. Nawet najbardziej ambitne (żeby nie powiedzieć "szalone") pomysły polityczne mówią o 100% udziale źródeł odnawialnych około roku 2050. To oznacza, że większość krajów członkowskich będzie potrzebowało jeszcze przynajmniej jednego pokolenia elektrowni konwencjonalnych. Pokolenia, które dziś jeszcze nie istnieje.

Po drugie nawet te wielkie państwowe spółki, które związały się z energetyką na dobre i na złe, nie palą się do nowych inwestycji. Sytuacja jaka ma teraz miejsce np. w Polsce jest w pewien sposób kuriozalna: z jednej strony wiadomo, że w ciągu najbliższych paru lat trzeba wyłączyć elektrownie o mocy ok. 4500 MW (nie tylko z powodu wieku, ale także emisji tlenków siarki i azotu, nie spełniają one najnowszych przepisów w tej dziedzinie) - a to jest 12% całej mocy w polskim systemie. Z drugiej jednak ze względu na śmiesznie niską cenę energii na rynku (która spadła o niemal 1/4 w ciągu ostatnich lat) i wciąż niskich kosztów emisji nie da się wykazać opłacalności nowej inwestycji, niezależnie od tego czy to elektrownia węglowa, gazowa czy jądrowa. Wyrazem tego paradoksu był niedawny spór rządu i Polskiej Grupy Energetycznej dotyczący budowy nowych bloków w Opolu.

Problem ten nie dotyczy tylko Polski, choć u nas, z uwagi na planowane odstawienia, jest szczególnie pilny. Niemniej podobne trudności widać i w Niemczech, w których koncerny energetyczne odstąpiły niedawno od całego szeregu planowanych inwestycji. I wreszcie w Wielkiej Brytanii, której władze świadome nadciągających problemów (wg cytowanej przez Daily Telegraph wypowiedzi ministra Daveya, w ciągu najbliższych 15 lat wyłączonych musi zostać 2/3 istniejących w tym kraju mocy wytwórczych) sięgnęły po ostatni możliwy środek – kontraktu długoterminowego, pewnego rodzaju dotacji, która z zasady na rynku unijnym jest zakazana, ale może być dopuszczona w sytuacji zagrożenia bezpieczeństwa energetycznego i wystąpienia nadrzędnego interesu państwa. Z podobnych mechanizmów chce zresztą skorzystać dla budowy nowych bloków (niekoniecznie jądrowych) i Polska. Jest to ostatni środek jaki pozostał w rękach państwa, które ma cały czas obowiązek zapewnić bezpieczeństwo energetyczne, ale które jednocześnie utraciło większość instrumentów mogących służyć realizacji tego celu. Tylko, że w tym właśnie miejscu skończył się wolny rynek i okrężną drogą wróciliśmy do państwowego planowania i państwowego finansowania, które być może nie w każdej branży jest zjawiskiem najgorszym.
Trwa ładowanie komentarzy...